9 powodów dlaczego chciałem sprzedać swojego iPada Pro 12,9”

Strona główna/Elektronika i komputery, Gadżety, Narzędzia/9 powodów dlaczego chciałem sprzedać swojego iPada Pro 12,9”

Zacznę od historii. Dawno, dawno temu kupiłem sobie iPada 2 retina. Sprzęt okazjonalnie był używany do czytania, do gier, do oglądania video i szkoleń… Bawiły się nim również dzieci. Zawsze w tym iPadzie przeszkadzał mi mały ekran… ale w określonym kontekście: czytania PDFów. Zamarzyłem wtedy, że idealny iPad byłby taki, na którym mógłbym otworzyć PDF, z tekstem podzielonym na kolumny, na całym ekranie – bez przewijania. Parę lat później Apple przedstawia iPada Pro 12,9”… i moje marzenie się spełnia!

Chwila zawachania i marzenie przemogło. Kupiłem wszystko, co się dało. iPada w najmocniejszej wersji 128gb z internetem LTE. Ubezpieczenie. Oryginalne plecki. Klawiaturę. Elektroniczny rysik Apple Pencil. Pomyślałem, że może wrócę do rysowania. A może będę notował na szkoleniach. A może będę na nim pisał artykuły? Mijają kolejne miesiące, a po drodze czekają mnie liczne niespodzianki.

[Sprawy techniczne opisane w artykule są aktualne na wrzesień 2016 roku]

Niespodzianka nr 1: Mam nielimitowane LTE, ale nie mogę użyć iPada jako modemu lub hotspot. 

Dziwne, skoro w iPhonie mam kartę tej samej firmy – i działa. Z jakiegoś powodu iPad nie może być hotspotem. Dlaczego? Bo nie. Ktoś widocznie tak wymyślił, może sieci komórkowe to wymusiły? A może w tym właśnie abonamencie mam takie ograniczenie, a w innym nie? Mało mnie to interesuje, bo nie po to płacę kupę kasy za urządzenie, aby walczyć z infoliniami. Apple jest potentatem i mogłoby zabezpieczyć interesy swoich klientów, ale jak pokazują kolejne przykłady, niekoniecznie.

Niespodzianka nr 2: Mam nielimitowane LTE, ale aplikacje z filmami i tak wymagają połączenia wifi. 

Nie wszystkie. Ale niektóre po prostu nie chcą pobierać przez LTE i wyświetlają odpowiedni komunikat. Kolejne ograniczenie wprowadzone przez operatorów komórkowych? Co z tego, że moje wifi też ciągnie przez LTE, bo w okolicy nie ma kabla. Co z tego, że jedno i drugie leci z takiej samej karty takiego samego abonamentu na internet LTE w tej samej sieci. Dla operatora bez różnicy! Co z tego – po prostu muszę się połączyć z wifi – bo tak.

Niespodzianka nr 3: Mam LTE, ale aplikacje powyżej 100mb muszę ściągać przez wifi. 

Jak wyżej. Ograniczenie wymuszone podobno przez operatorów na firmie Apple. Totalny nonsens. Czuję się, jakbym kupił drogie urządzenie, na którym obcy ludzie wprowadzili mi bezsensowne ograniczenia.

Niespodzianka nr 4: iPad Pro w praktycznym użytkowaniu jest gruby i masywny. 

Sama płytka urządzenia nie waży wiele, ale… w pełnym rynsztunku – w pleckach i z klawiaturą – robi się z tego porządny laptop 13″. Apple nie zadbało, by plecki były cienkie i zgrabne. Mocno pogrubiają urządzenie, a dodatkowo wystają parę milimetrów ponad krawędź ekranu, pogłębiając poczucie grubości. Z kolei rezygnacja z plecków to gwarancja porysowania aluminiowego, płaskiego jak deska urządzenia.

Sama klawiatura jest niby cienka, ale złożona ma taką samą grubość jak goły iPad. W każdym razie taszczenie tego grzmota przypomina noszenie normalnego, 13-calowego MacBooka Pro. A trzymanie go w ręce podczas oglądania filmów lub lektury wymaga zdecydowanie punktu podparcia. Urządzenie jest zbyt ciężkie, by służyć za prawdziwy tablet trzymany w ręce na poziomie oczu przez czas dłuższy niż 10 minut.

Niespodzianka nr 5: Małe możliwości. 

Wspomniałem o wadze i grubości wysokiej klasy 13-calowego laptopa? Trochę przesadziłem, bo do laptopa jednak mu daleko. Nie mogę znaleźć żadnego powodu, aby używać tego urządzenia zamiast laptopa, poza tym, że ekran jest świetny, a urządzenie śliczne (o ile zdejmiesz plecki).

Pierwsze:

Urządzenie wykorzystuje system iOS. Musimy zdać sobie sprawę z głęboko filozoficznej kwestii: jest to system przygotowany oryginalnie na telefony, a nie 13″ tablety zastępujące komputer! Wyskalowanie go na 13-calowe urządzenie okazało się porażką. Wiele aplikacji w ogóle nie korzysta z powiększonej przestrzeni.

Łatwo można to sprawdzić udając się do iSpot i oglądając urządzenie, a następnie porównując je z Microsoft Surface, który wygląda jak mały, zgrabny komputer. Co do iPada Pro, to na przykład Gmail jest po prostu większy niż na małym iPadzie – i nic poza tym. Powiększone czcionki i guziki to jedyne, na co można liczyć w wielu programach.

iPad Pro jest niszowy, więc twórcom nie spieszy się z deweloperką aplikacji dedykowanych dla dużego ekranu. Podobnie jest nawet z grami, które – mimo 3D – nie wykorzystują ogromnej mocy iPada Pro i wyglądają jak nieco większe wersje komórkowe… albo zawierają niedopatrzenia uniemożliwiające rozgrywkę na 13″.

Aplikacje iOS zwykle były tworzone jako okrojone wersje „dużych” aplikacji, dedykowane w pierwszym rzędzie na najpopularniejsze urządzenie Apple’a: na telefon komórkowy iPhone – a dopiero w drugim rzędzie na mniejszego iPada… w związku z tym mają po prostu okrojone możliwości.

Google Drive (Docs) nie ma nawet polskich czcionek! Szok. Jesteśmy krajem trzeciego świata. Moje aplikacje do zarządzania projektami i do tworzenia diagramów zwyczajnie nie mają swoich wersji na iPada, więc poważną robotę muszę i tak robić na komputerze.

Drugie:

Co do otwierania dwóch aplikacji z wykorzystaniem podzielonego ekranu (split screen), to niektóre mają taką funkcję, inne nie. Zupełnie arbitralnie. Np. systemowy Mail umożliwia pracę w split screen, a Gmail już nie. Sęk w tym, że korzystam z poczty Google…

Trzecie: 

Zarządzania plikami na iOS nie ma, więc odpisując na maile nie mogę odhaczyć tych, w których ktoś mi tylko wysłał fakturę do pobrania i zapisania w katalogu dla księgowej. Taki mail musi poczekać, aż usiądę do komputera. OK, mogę skorzystać z funkcji zapisania pliku do innej aplikacji, np. Dropbox – o ile ta inna aplikacja obsługuje tę funkcję. O FTP oczywiście nie ma co marzyć.

Zupełnie analogicznie ma się sprawa np. z iCloud. Na Macbooku pliki pobierają się automatycznie. Na iPadzie? Skądże! Lecę samolotem i chcę zabrać ze sobą bibliotekę plików PDF. Nie mogę! Muszę kliknąć indywidualnie w każdy plik i pobrać go ręcznie. Pojedynczo.

Tak samo ze szkoleniami w aplikacji Udemy. Tak samo z bazą filmów na komputerze, które mogę przerzucić jedynie przez wybraną aplikację, np. pojedynczo pobierając je przez Dropbox, albo wgrywając w kompatybilnym formacie przez iTunes.

Tymczasem mój Macbook nie wymaga żadnych kompatybilnych formatów, bo mam wszelkie niezbędne programy do odtwarzania video; a same nagrania mogę sobie przerzucać metodą przeciągnij-i-upuść, bez zabawy z iTunes, które raz działa, raz nie działa…

Podobnie iPad Pro nie pobierze dokumentów Pages, Numbers i Keynote – muszę włączyć program i poczekać pół godziny, aż aplikacja pobierze wszystkie dokumenty z chmury. W tym czasie nie mogę zamknąć aplikacji. Jeśli jednak wyedytuję coś na komputerze i przed wylotem zapomnę pobrać zmian na iPada – polecę ze starą wersją dokumentu.

Czwarte:

Doszła do tego awaria otwierania PDFów, które w Gmailu czy iCloud po prostu przestały się wyświetlać. Nie wiadomo dlaczego. Musiałem ewentualnie eksportować je do specjalnej przeglądarki PDF i dopiero wtedy działały. Później musiałem pamiętać o posprzątaniu przeglądanych plików.

*Usterka w końcu naprawiła się sama po aktualizacji iOS do nowej wersji.

Piąte:

Z funkcjonalnościami np. zapisywania, współdzielenia czy eksportowania bywa różnie, są okrojone, albo nie ma ich w ogóle, gdy są potrzebne w tej właśnie aplikacji… coraz częściej łapałem się na tym, że cokolwiek poważnego miałem do zrobienia, musiałem zostawić iPada i wrócić na komputer. Dobra, koniec tego marudzenia, choć mógłbym dłużej 🙂

Niespodzianka nr 6: Nie ma co zrobić z rysikiem. 

Nie można go przyczepić ani do iPada Pro, ani do klawiatury, ani do plecków. Nie wiadomo w zasadzie co z nim zrobić, ani gdzie go odkładać w czasie pracy. Spójrz tymczasem na MS Surface, którego piórko wygodnie przyczepia się magnetycznie z boku urządzenia.

Apple Pencil jest niewymiarowy: jest po prostu bardzo długi i nie mieści się np. w moim piórniku, w którym noszę swoje wieczne pióro. Nie ma nakrętki z klipsem, jak w zwyczajnym długopisie lub wiecznym piórze, więc nie mogę go wygodnie zaczepić o kieszeń marynarki. Nie ma do niego futerałów, nawet na wolnym rynku, bo jest to niszowe urządzenie… Przyznam, że w końcu znalazłem jakiś niezbyt elegancki futerał firmy Stilgut.

Tymczasem końcówka Apple Pencil wykonana jest z miękkiego plastiku i rzekomo mamy ją chronić. Wsadzenie długopisu do kieszeni skutkować będzie jej przedziurawieniem. A pozostawienie pióra na stole grozi jego upadkiem, bo ani nie będzie nigdzie przyczepione, ani nie ma klipsa.

Plusem Apple Pencil jest bardzo szybkie ładowanie. Jednak nie skomentuję nawet śmiesznego sposobu wsadzania rysika w tył iPada Pro 🙂 Ani osłonki na łącze ładujące, którą łatwo zgubić. Ani mikro przejściówki do kabla lightning, umożliwiającej ładowanie, którą też łatwo zgubić.

Apple gdzieś po drodze zatraciło elegancję. Nie tylko tu…

Niespodzianka nr 7: Klawiatura jest jaka jest. 

Ponownie warto porównać klawiaturę Apple’a z MS Surface. Ta druga działa jak okładka książki. Nie ma żadnych zgięć, otwiera się jak okładka i można jednym ruchem zacząć korzystać z urządzenia. Klawiatura Apple jest złamana na wysokości 1/3 i odgina się najpierw jedna, potem druga część. Następnie całość rozkłada się jak harmonijka i bywa, że przy składaniu urządzenia całość „rozwinie” nam się jak papier toaletowy.

Przy otwarciu urządzenia, gdy odłożę okładkę na plecki urządzenia, dotykam ich tylnej części, która jest z mikrofibry, i mam poczucie, że będę ją brudził – w związku ze zwyczajnym, ludzkim faktem fizjologii, że ręce delikatnie pocą się przy używaniu urządzenia. Jednym słowem, nie chcę trzymać urządzenia „za mikrofibrę”, jakkolwiek by to brzmiało, bo aby ją umyć, będę musiał zamoczyć klawiaturę.

Podobnie, idąc do kawiarni, na której obsługa nie domyła stołu, czy schodząc do salonu, gdzie bawią się dzieci, ryzykuję postawienie klawiatury iPada mikrofibrą na przysłowiowym miodzie. Albowiem klawiatura przylega płasko pełną powierzchnią mikrofibry do podłoża, nie ma żadnych nóżek. Te wszystkie problemy wzięły się z faktu, że Apple chciało, aby klawiatura czyściła nam ekran.

Słowem, Apple kombinuje, by było dobrze, jednak zatraciło prostotę rozwiązań. To po prostu jest nieeleganckie, pokomplikowane rozwiązanie. Najprościej było zrobić klawiaturę jako jednolitą taflę, jak okładka książki w MS Surface.

Niespodzianka nr 8: Nie mam czasu bawić się w rysowanie. 

Do rysowania potrzebne są specjalne aplikacje, do notowania również. Aplikacje do rysunku znalazłem, ale nie mam czasu rysować. Zresztą nie mogę się zdecydować: lepszy papier, czy ekran? Wydaje mi się, że jednak papier jest medium bardziej szlachetnym. Ponadto na papierze łatwiej się skupić, nie rozprasza mnie trylion opcji na ekranie.

Uwaga! To jednak subiektywne spojrzenie, profesjonalni graficy mogą preferować iPada; w końcu twórczość od razu zdigitalizowaną łatwiej sprzedać, a także łatwiej o korekcję błędów lub wsparcie się przez płaszczyzny (layers). Co do mnie jednak, zakup sprzętu nie przywróci mi zainteresowania rysunkiem z dawnych czasów.  Szkoda. Motywacja bierze się ze środka, a nie z zakupu gadżetów.

To nie wina Apple’a tym razem… „Zakup maszyny do pisania nie sprawi, że napiszesz książkę”. Mea culpa.

Niespodzianka nr 9: Notowanie nie działa. 

Ważniejsze od rysunku jest notowanie. Powstało kilka aplikacji, kosztujących nie raz po 10 euro, wspomagających notowanie.

Oryginalny notatnik nie nadaje się do pióra: wykonywane linie po prostu są nie takie, jak być powinny: są cienkie, nierówne, brakuje wygładzania i organicznego charakteru mojego pisma. Pismo natomiast zapisywane jest jako obrazek w środku notatki.

W płatnych notatnikach natomiast zawsze coś nie pasuje, ale w końcu trafiam na złotego graala: ktoś wymyślił funkcję rozpoznawania tekstu pisanego i zamianą na tekst drukowany. Można nawet rysować diagramy, które automatycznie są rozpoznawane i zamieniane na pudełeczka!

W praktyce okazuje się, że aplikacja jest w wersji beta i po chwili tracę swoje notatki… Za każdym razem, gdy próbuję je otworzyć, program się wykrzacza. Całe szczęście miałem materiały, z których mogłem odtworzyć swoje pomysły, korzystając już jednak z komputera.

To właśnie był moment, w którym odpuściłem sobie iPada, po licznych próbach, licznych szansach, licznych maleńkich drobiazgach, które mnie wkurzały. Szala się przelała. To urządzenie zdecydowanie nie jest warte kilka tysięcy złotych.

W praktyce, idąc dziś na szkolenie, zabieram Macbooka 12″ albo papier. Prawda jest taka, że na klawiaturze pisze się dużo, dużo szybciej, niż odręcznie. Można zapewne wyguglować badania, możesz też sprawdzić sam ze stoperem, o ile piszesz bezwrokowo i faktycznie szybko.

Papier natomiast daje większe odczucie notowanych treści, lepszą zapamiętywalność, mniejsze rozproszenie i większe poczucie swego rodzaju więzi z notatkami… Notuję na szkoleniach, bo wówczas lepiej zapamiętuję. Dotyk pióra o papier daje mi większe poczucie „tego czegoś”, co pozwala zapamiętać, co zapisuję, niż dotyk rysika o ekran. Nie potrafię tego wyjaśnić naukowo.

Proszę bardzo, oto 9 powodów, dla których zrezygnowałem z iPada Pro 12.9” LTE. Urządzenie obecnie służy jako zabawka edukacyjna dla moich dzieci, gdyż sprzedaż na Allegro oceniłem jako nieopłacalną.

Teraz już łatwiej zrozumieć mi, dlaczego zainteresowanie tabletami na świecie spada. Ludzie zwyczajnie odkrywają, że komputer najlepiej spełnia swoje zadanie i niepotrzebny nam kolejny świecący ekran.

Adres e-mail
Imię

O autorze:

Od 2005 roku prowadzi przedsiębiorców do lepszej jakości życia. Pomaga podwoić dochody i podwoić liczbę godzin wolnego czasu poprzez organizację firmy i innowacje w modelu biznesowym. Założyciel Akademii Biznesu Piotra Michalaka. Przeczytaj więcej o historii Piotra.

9 komentarzy

  1. Eligiusz 27 marca 2018 w 20:04- Odpowiedz

    „Niespodzianka nr 6: Nie ma co zrobić z rysikiem. ” zastanow sie czy nie powinenes przypadkiem kupic tableta z allegro za 200 zl i wtedy bylbys zadowolony? moze byla by to mozliwosc?
    Obnarzyles swoje mozliwosci tak dosadnie ze szczerze mowiac nie chcial bym pobierac porad u ciebie drogi Piotrze .

    popatrz co mozna ! niedowiary ! oprucz LTE ogladania filmow i otwierania Pdf mozna nawet wyedytowac profesjonalne zdjecie , czy stworzyc projekt w AutoCad lub SolidWorks …. hmmm ale to przeciez to „PRO” znaczy wlasnie ogladanie video w domu .. hahahah

    https://www.youtube.com/watch?v=TDvsNRa13CI
    https://www.youtube.com/watch?v=TDvsNRa13CI

    i popatrz nawet rysik dziala szok!

    Pozdrawiam

  2. Greg 16 stycznia 2017 w 17:12- Odpowiedz

    Autorze, masz wiele racji publikując recenzję ale problem hotspota dotyczy Amerykanów:). W Polsce opcja jest ukryta defaultowo dopóki nie skonfigurujesz APN’ow w ustawieniach. Jak np. dla Playa wpiszesz 3x internet otrzymujesz funkcję aktywną jak w każdym innym urządzeniu Appla.

    Dla mnie sprzęt swietny pomiędzy spotkaniami. Komputera tak łatwo nie naładujesz w pociągu lub samochodzie… (oczywiście zaraz ktoś napisze o prądnicy do zapalniczki).

    Fajny art, super styl recenzji! Pozdrowienia.

  3. Bogusław 15 października 2016 w 02:12- Odpowiedz

    Ja z kolei marzę o smartfonie, który będzie miał wyświetlacz o przekątnej nie większej niż 3 cale. Mały, płaski i poręczny, bo obecne smartfony są zdecydowanie za duże dla mnie.

  4. Jacek 10 października 2016 w 09:53- Odpowiedz

    Czytając ten artykuł utwierdzam się, że obecnie jeśli tablet to jednak z Android …

    Tablet jak najbardziej – i wcale nie ma się co wysilać na nie wiem co – np.. Galaxy Tab A 10.1 LTE – nie miałbyś większości opisanych problemów (np. z LTE i tethering przez WiFi)

    Rysunek … a po co rysik? Nie można palcem? W warunkach polowych, mobilnych to zupełnie. Na desktopie można się wysilić na jakiś Wacom – a dla grafików (hmmm, tu pewnie grafik by coś zaproponował).

    Do rysowania nie trzeba jakiś „mega” aplikacji nawet Google Keep ma taką funkcjonalność na Androidzie – a więc przy okazji też problem z notatkami załatwiony.

    PS
    Wspominałeś o Surface … też może być, jeśli jednak bardziej przekonuje Cię pełny desktopowy system i aby mieć też klawiaturę …

    PS2
    Obecnie coraz mniej ma znaczenie jaki system a bardziej jakiej usługi się używa. A jeśli tej usługi używa się przez aplikacje, to też ważne aby były to łatwe i komfortowe w obsłudze appki, iInaczej pozostaje przeglądarka.
    Na desktopach dla mnie nie ma znaczenia w zasadzie czy to będzie Windows, czy Linux (sądzę, że i na Mac byłbym w stanie pracować, skoro na Linuxie potrafię … ).
    Natomiast co do tabletów, wygląda na to (czytając z twojego artykułu), że Applowski system na iPad pozostał mocno w tyle za Androidem.

  5. Karol 7 października 2016 w 07:43- Odpowiedz

    Layers to po polsku warstwy 🙂 A do tabletów nigdy nie byłem przekonany. Chyba że takich graficznych, podłączanych do komputera 😉

  6. Bartek 6 października 2016 w 18:25- Odpowiedz

    Mam podobne odczucia dotyczące iPada, ale mam również zupełnie inne oczekiwania wobec niego. Traktuję go jako sprzęt do przeglądania www, odtwarzania filmów i muzyki przez AirPlay. To jest urządzenie służące do konsumpcji mediów, nie do poważnej pracy. Zdziwiły mnie tylko opisane problemy z tworzeniem hot spotu wi-fi. Na iPadzie Air 2 działa to doskonale. Dlaczego więc nie działa na Pro? Nie mam pojęcia.

    Odnośnie komentarza, że Mac to zabawka: absolutnie się z tym nie zgadzam. Ponad 3 lata temu, po kilkunastu latach z Windowsami przesiadłem się na MacBooka Pro. I to była najlepsza decyzja dotycząca sprzętu komputerowego w moim życiu 🙂 Skończyły się problemy ze sterownikami, antywirusami, aktualizacjami i stopniowym zamulaniem komputera przez puchnący rejestr systemu. Mac po prostu działa – tak samo szybko jak w dniu zakupu. Nigdy nie reinstalowałem systemu. Posiadanie równocześnie Maca i iPhone zapewnia wygodę nieporównywalną ze sprzętem Windows + Android.

    • Piotr Michalak 6 października 2016 w 19:39- Odpowiedz

      Potwierdzam. Aczkolwiek nie wiem jak sprawdza się najnowszy Win 10 w praktyce.

      • Jacek 10 października 2016 w 10:04- Odpowiedz

        Win 10 działa bardzo dobrze. Zainstalowany ponad rok temu, cały czas działa szybko.

        Jedynie co może drażnić, to raz na kilka miesięcy aktualizacje które potrafią trwać z 30 minut – można wprawdzie zareagować kiedy taka aktualizacja ma się wykonać (np. przesunąć by wykonała się w nocy) – ale nie unikniemy braku dostępu do komputera przez ten czas po restarcie, gdy następuje aktualizacja.

        Za to z każdą aktualizacją widać, że przybywa funkcjonalności w odróżnieniu od poprzednich systemów MS które nie zmieniały się przez lata (np. XP czy 7)

  7. Piotr 6 października 2016 w 15:07- Odpowiedz

    No cóż, nic nie trwa wiecznie…Brak Jobsa na właściwym stanowisku właśnie przynosi swój owoc. Właśnie porządnie zareklamowałeś MS Surface. Dla mnie iPhone i generalnie Mac to zabawka dla dzieci lub gadżet dla dorosłych, więc właściwie jest używane (przez Twoje dzieci). Profesjonalne rozwiązania dla potrzeb biznesu są zdecydowanie bardziej praktyczne i przede wszystkim służą potrzebom biznesu a nie tylko zachciankom jego właścicieli, managerów itp.

Zostaw komentarz