Z korporacji do ZUS – historia o polskiej rzeczywistości

Strona główna/Lifestyle, Rozwój osobisty, Wartości/Z korporacji do ZUS – historia o polskiej rzeczywistości

CZĘŚĆ 1. WYPADEK.

Nazywam się Magda Michalak i jestem farmaceutą, byłym właścicielem apteki, a później dyrektorem korporacyjnym. Obecnie jestem jednak przede wszystkim osobą z umiarkowaną niepełnosprawnością, dawną II grupą inwalidzką. Poznaj moją historię, która pokazuje, jak w Polsce działa prawo, system opieki zdrowotnej i jak traktuje się drugiego człowieka, zwłaszcza tego chorego.

Jeszcze przed nowym tysiącleciem, w latach 90-tych XX wieku ukończyłam Wydział Farmaceutyczny Akademii Medycznej w Gdańsku. Później roczny staż, potem specjalizacja z farmacji aptecznej. Po tym jak sprzedałam swoją aptekę, porwały mnie korporacje. Wtedy potrafiłam pracować od rana do 1-2 w nocy, w dwóch miastach. Pracowałam tam kilka lat, aż do kompletnego wyczerpania.

W końcu lekarz rodzinny powiedział mi, że jestem na najlepszej drodze do udaru mózgu, wysłał na zwolnienie lekarskie (moje pierwsze w życiu) i kazał czem prędzej zwolnić się z pracy. To też uczyniłam.

Po jakimś czasie znalazłam pracę jako kierownik apteki w małej osiedlowej aptece. Popracowałam tam kilka miesięcy, aż wysoki stołek tzw. barowy, który stał w izbie ekspedycyjnej zarwał się w czasie, kiedy na nim siedziałam i pracowałam przy komputerze. Był to wysoki stołek, byle jak skręcony na śrubach. Nawet nie zdążyłam się niczego złapać, podtrzymać. Stołek runął i uderzyłam głową w podłogę z kafli.

Kiedy się ocknęłam, leżałam na podłodze i nie mogłam wstać. Ponieważ pracodawca łamał wszelkie przepisy BHP, to nie dość, że prawie się zabiłam, to jeszcze w aptece byłam sama. Nie było też pacjentów, nikogo, kto mógłby mi pomóc.

Z trudem wstałam, zamknęłam aptekę i pojechałam na KOR (kliniczny oddział ratunkowy, coś jak SOR, tylko wyższe rangą, bo podlega pod Akademię Medyczną). Tam tłum ludzi na izbie przyjęć, z urazami, z połamanymi nogami, umierający, z porozbijanymi głowami. I ja…

Podeszłam do okienka rejestracyjnego, mówię, że miałam wypadek w pracy, w aptece, że spadłam. Nie chcieli mnie przyjąć, bo jest dużo ludzi, a ja nie wyglądam na chorą. A ja dalej, że jestem farmaceutą, że był wypadek, że spadłam na głowę z wysokości itd.

Łaskawie zgodzili się mnie przyjąć, dali mi na rękę opaskę o najniższym priorytecie, czyli dla takich pacjentów, co nie wyglądają na umierających i ciężko chorych. Było to 10 kwietnia około 15-16 po południu. I tak sobie siedzieliśmy wszyscy chorzy na plastikowych krzesełkach.

Co jakiś czas brano kogoś na badanie, czy na oddział. Niektórzy tam siedzieli już 8-10 godzin, np. ze złamaną nogą. W końcu, po kilku godzinach, chyba około 20 wieczorem, wzięto mnie na oddział. Tam zmierzono ciśnienie, drugi raz wypytano, co się stało, i położono na łóżku.

Ulga niesamowita – mogłam leżeć. Co prawda, na łóżku bez pościelenia, tam, gdzie co chwila podjeżdżały karetki i kręciło się mnóstwo lekarzy i ratowników, ale leżałam. Potem kazano mi iść na tomograf komputerowy głowy.

Przed badaniem nie mogłam się położyć na łóżko, tak bolała szyja. Lekarz radiolog był kumaty – zrobił też tomografię szyi. Od razu kapnął się, że jest coś nie tak.

Potem znowu wzięli mnie na łóżko na korytarzu. Czekałam na konsultację neurochirurga. Była noc, podsypiałam. Kiedy ta konsultacja odbyła się, nie pamiętam. W nocy wzięto mnie z łóżka do zabiegowego, założono kołnierz na szyję, zrobiono wypis i wypuszczono do domu, z zaleceniami dalszego leczenia, u neurologa lub neurochirurga. Chyba było to po pierwszej w nocy.

Następnego dnia wylądowałam u lekarza rodzinnego. Oczywiście dostałam zwolnienie lekarskie. Potem dzwonił pan od BHP z mojej apteki, że on musi przyjechać, zrobić protokół powypadkowy, ustalić zdarzenie, świadków i trele morele.

Zadzwonił też mój pracodawca, z pretensją, że nie chciałam z nim rozmawiać, leżąc w szpitalu. Miał też pretensje, że siedziałam na tym stołku, bo „w pracy się stoi, nie siedzi”. I jeszcze, że ten stołek barowy nie służył do siedzenia, tylko do tego, żeby się podeprzeć – cokolwiek to znaczy.

Jakieś dwa dni później pojawił się u mnie w domu behapowiec. Źle się czułam, byłam w kołnierzu, bolało mnie wszystko, ale pan powiedział, że to pilne, że musimy sporządzić protokół powypadkowy, bo jak najszybciej trzeba sprawę zgłosić do ZUS.

Miał pełno dokumentów i nie za bardzo wiedziałam, co podpisuję, ale pan zapewnił mnie, że wypadek jest uznany, że protokół powypadkowy podpisał przedsiębiorca, więc jest dobrze i nie mam absolutnie się czego obawiać. Założyłam mylnie, iż służba BHP nie może kłamać.

Za kilka dni zadzwoniła pani z ZUS na moją komórkę i spytała o numer konta, potrzebny im do wypłaty świadczeń. Spytałam ją, czy będą wyższe, z uwagi na wypadek przy pracy? Pani zdziwiła się i powiedziała, że o żadnym wypadku przy pracy ZUS nic nie wie.

Zaczęły mną szargać wątpliwości i niepokój, o co tu chodzi? Pani z ZUS z uporem powtarzała, że nie dostali żadnych papierów dotyczących mojego wypadku przy pracy i pracodawca ich o niczym nie powiadomił. Przecież sporządzałam protokoły z panem od BHP. Zadzwoniłam do niego z zapytaniem, co się dzieje? On zaczął zwalać winę na pracodawcę, że nie wysłał jeszcze papierów do ZUS i on tego dopilnuje. Uwierzyłam mu.

Zajęłam się leczeniem i diagnozowaniem swojego zdrowia. Jeździłam do lekarza rodzinnego na zastrzyki, dostałam mnóstwo skierowań, np. do neurologa i na magnetyczny rezonans jądrowy oraz do lekarza rehabilitacji.

Najważniejszy był dla mnie MRI, czyli rezonans, jako najdokładniejsze badanie. Zadzwoniłam do Affidea – firmy, która ma monopol na to chyba w całej Polsce. Miły pan zaproponował mi termin… za rok. Mówię, że pilne, że to po wypadku, a on, że limity w NFZ wykorzystane i najwcześniej mogą mi zrobić badanie w przyszłym roku. Zaproponowałam pieniądze, pan od razu mnie umówił na badanie, za dwa dni w szpitalu i to w niedzielę. Opłata minimum 400 zł, bez kontrastu i innych ewentualnych dopłat.

CZĘŚĆ II. LECZENIE I BADANIA.

Przed szpitalem dokładnie wypytano mnie telefonicznie o implanty w ciele i tym podobne. Następnie poinstruowano, jak mam się przygotować do badania.

W niedzielę przed czasem zjawiłam się w szpitalu, zapłaciłam i czekałam. A bo to kogoś z oddziału nie ma, a to badanie się przedłuża. Powoli zaczynałam rozumieć ludzi niepełnosprawnych, na wózkach, cierpiących. Przekonywałam się na samej sobie, jak to jest siedzieć na krześle w poczekalni kilka godzin, kiedy wszystko boli i marzysz, żeby się położyć.

W końcu nadeszła moja pora. Człowiek zdesperowany wszystko wytrzyma, zamknięcie w aparacie, leżenie bez ruchu mimo bólu, dudnienie maszynerii, klaustrofobiczny strach. Za kilka dni miał być opis i płytka, miałam czekać na sms.

W międzyczasie udało mi się dostać do przychodni do lekarza rehabilitacji, który zlecił mi zabiegi i ćwiczenia. Poszłam się zarejestrować, zapisano mnie na październik (a był kwiecień). Pewnie też wyczerpały im się limity z NFZ. Jestem twarda, wytrzymam, tak sobie myślałam, krążąc po tych przychodniach i szpitalach.

Za kilka dni był wynik badania rezonansem i płytka, znów pojechałam na drugi koniec Gdańska, żeby to odebrać. Wynik był zły. Neurochirurgia i ortopedia nie leżały w centrum mojego zainteresowania, ale w opisie było tyle zmian w kręgosłupie, że niewiele rozumiejąc, czym to grozi, wystraszyłam się okrutnie.

Pojechałam do mojego lekarza rodzinnego. Ów kazał mi jak najszybciej skontaktować się z neurochirurgiem, najsławniejszym na Wybrzeżu profesorem K. i jednocześnie dał mi skierowanie do szpitala na neurochirurgię, na tzw. CITO, czyli pilnie.

Do profesora K. można było się dostać tylko prywatnie. Umówiłam się na wizytę w centrum Gdańska. Na wejściu recepcja i 150 zł na początek. Nieważne, profesor pomoże. Oprócz mnie tłum ludzi, pewnie z podobnymi myślami. Kolejka szybko się zmniejszała. Dziś kojarzy mi się to wszystko z taśmociągiem.

Weszłam w końcu do gabinetu, profesor zażądał płytki z badania, popatrzył chwilę i powiedział, że no cóż, kręgosłup do wymiany, ale on by tego nie operował. Mam się kąpać w soli bocheńskiej, chodzić na masaże do jakiegoś znajomego do Gdyni. A tak w ogóle, to od szyi i głowy jest najlepszy jego doktor L. ze szpitala. I najlepiej, jak trafię do niego. Koniec wizyty, trwała może z 5-7 minut. A jeszcze profesor zapomniał wyjąć z komputera płytki i mi oddać, ja też zresztą. Później miałam przez to kłopoty.

O dziwo, udało mi się umówić na NFZ do szpitala, na oddział neurochirurgii, do doktora L. Zadzwoniłam do szpitala, powiedziałam, że jestem farmaceutą po wypadku w pracy i mam skierowanie na CITO. Pani umowiła mnie za jakiś tydzień.

W szpitalu na izbie przyjęć, zobaczyłam piekło na ziemi. W wąskim korytarzu do doktora L. czekało kilkadziesięciu chorych. Z nowotworami, guzami mozgu, uszkodzonymi kręgosłupami, bez nerek. Wszyscy ciężko chorzy. I ja. Po kilku godzinach czekania weszłam. Pan doktor już był bardzo zmęczony. Pierwsze, co zrobił, to poprosił o płytkę. A ja, że nie mam, bo profesor nie oddał. Kazał mi do niego po tę płytkę pójść. Zlecił też kolejne badania. I wtedy kazał wrócić, za jakiś miesiąc.

Znowu pojechałam do profesora, po płytkę. Powiedział, że jej nie ma. Zadzwoniłam na rejestrację do Affidea. Powiedzieli, że mogą nagrać płytkę z badania, ale to idzie przez Warszawę i może potrwać z dwa tygodnie. Trudno, nie było wyjścia. A swoją drogą, dziwne, że żaden z tych neurochirurgów nie chciał nawet przeczytać opisów badań, oni tylko oglądali płytki i interpretowali po swojemu.

Za to kolejny rezonans, który zlecił dr L. zaproponowano mi w Affidea za rok. Powiedziałam, że nie mogę czekać i zapłacę. Od razu zapisali mnie do szpitala.

W międzyczasie przyszedł list z ZUS, że pilnie wzywają mnie na rozmowę. Poszłam więc. Poproszono mnie na pierwsze piętro, nie tam, gdzie przyjmuje się petentów. Na korytarzu byłam przesłuchiwana przez panią z ogromną teczką dokumentów dotyczących mojej skromnej osoby. Jak się czułam? Jak jakiś bandyta i oszust. A dlaczego spadłam? A dlaczego byłam sama w aptece? A dlaczego na popołudnie w pracy? A dlaczego tam siedziałam? A jak dotarłam do szpitala?

Pani co jakiś czas otwierała teczkę, widziałam tam mnóstwo pism i donosów od byłego pracodawcy. Facet próbował udowodnić instytucji, że ja specjalnie skręciłam sobie kark i nie był to wypadek. Stąd to całe śledztwo. Myślę, że moja prawdziwa opowieść przekonała panią z ZUS, która przestała się do mnie obcesowo odzywać. Nie zmienia to faktu, że bardzo zostałam poniżona. Do dziś zachodzę w głowę, jak można było potraktować tak chorego, poobijanego, z chorym kręgosłupem, w kołnierzu ortopedycznym, który ledwo doszedł do tego ZUS.

A tak przy okazji zapytałam miłą już panią, kiedy mój pracodawca zawiadomił ZUS o wypadku przy pracy. Okazało się, że 12 maja, ponad miesiąc po wypadku. Stąd ZUS nic nie wiedział. I dopiero przeprowadzał dochodzenie, czy rzeczywiście takie zdarzenie miało miejsce.

Zrobiłam za pieniądze drugi rezonans, odcinka lędźwiowego, który też wyszedł źle. Przysłali mi płytkę z badaniem odcinka szyjnego z Warszawy. Lekarz rodzinny cały czas powtarzał, że jak znowu trafię do szpitala, to żebym czasem się nie operowała, bo mogę już nie wyjść na własnych nogach.

Znów pojechałam do szpitala. Na doktora L. czekało na oko ze sto osób. A ja nie miałam nowego skierowania. Udało się tylko dzięki pielęgniarce, która co jakiś czas wychodziła i wyczytywała chorych. Podeszłam do niej i powiedziałam, że doktor L. kazał mi zrobić badanie, przyjść i przynieść starą płytkę. Kazała mi przyjść za jakiś miesiąc, napisała na kartce datę i godzinę.

W międzyczasie dostałam do domu listem poleconym wypowiedzenie umowy o pracę z powodu likwidacji zakładu pracy. A apteka nie była jeszcze zamknięta, moje koleżanki pracowały tam, ale też po jakimś czasie dostały wypowiedzenia. No tak, apteka nie może funkcjonować bez kierownika apteki. Ja miałam wypadek, nie było nowego kierownika i pewnie facet zdecydował się na likwidację. Tylko, że działalność gospodarczą zlikwidował w listopadzie, a mnie zwolnił w połowie maja. Oczywiście złamał Prawo Pracy. Złożyłam skargę do PIP i wniosek do Sądu Pracy.

Z koleżankami z pracy miałam zresztą kontakt telefoniczny non stop. Opowiadały mi, że po moim wypadku przyjechał pan od BHP do apteki i razem z pracodawcą próbował zmusić je do podpisania jakiś papierów, że były w pracy w czasie, kiedy miałam wypadek i widziały to. Krótko mówiąc, próbowano je namówić do poświadczenia nieprawdy! Koleżanki odmówiły.

I tak toczyło się moje życie – lekarze, szpitale, ZUS. Czasami myślałam sobie, że trzeba być twardym, żeby być chorym w naszym kraju. Nie dość tego, ZUS już w pierwszym miesiącu mojego zwolnienia lekarskiego wezwał mnie na badanie lekarskie do orzecznika, czy aby nie symuluję.

Zawsze, całe życie zawodowe, gdy uczyłam innych – stażystów, magistrów czy techników farmacji, powtarzałam im, że chory to świętość, że należy mu się wszelka pomoc i szacunek, że my jesteśmy dla chorego i mamy dla niego robić wszystko, co w naszej mocy. Jakoś nie czułam i dalej nie odczuwam tego teraz, gdy sama jestem chora.

CZĘŚĆ III – REHABILITACJA I ZUS.

Będąc na L4 powoli zaczynałam myśleć, co dalej? W roku każdy może przebywać 182 dni na zwolnieniu. Lekarz wspomniał o świadczeniu rehabilitacyjnym. Jest to coś jakby przejściowego między zwolnieniem a rentą.

Dla mnie było to wybawienie, wszak zostałam zwolniona z pracy (pierwszy raz w życiu), a głowa i szyja dalej nie odzyskały ruchomości. Nie jest fajnie mieć sztywną głowę. Do tego uciski na rdzeń kręgowy i nerwy wychodzące, bóle promieniujące do barków i ramion, świdrowanie w głowie, jakby Ci ktoś wiercił w mózgu wiertarką. Zasłabnięcia. Niemożność przejścia więcej niż 200 m bez potwornego bólu, rwa kulszowa promieniująca od lędźwi do lewej nogi, kulenie na prawą nogę itd. Do tego depresja. Lęki.

Zanim zaczęłam załatwiać to świadczenie rehabilitacyjne zadzwoniono do mnie z przychodni, że zwolnił im się termin i mogą mnie w lecie przyjąć na rehabilitację. Ucieszyłam się bardzo. Może mniej będzie boleć, tak sobie myślałam. Zaczęłam więc. Ćwiczenia i zabiegi. Jak laser czy prądy.

Codziennie był inny rehabilitant, jeden kazał ćwiczyć tak, drugi siak. Cisnąć głową i szyją w piłkę najczęściej. Później się dowiedziałam, że było to nieprawidłowe i groziło przerwaniem rdzenia kręgowego. Nikt nie pomyślał o ześlizgach kręgów, niestabilności kręgosłupa i ucisku na rdzeń.

Przy piatym dniu było już bardzo źle. Słabłam, oblałam się potem, miałam zaburzenia świadomości i splątaną mowę. Kazali mi usiąść, wstać i przejść do kabiny zabiegowej. Podobno idąc zataczałam się, jakbym była pijana. W kabinie otworzono okno, posadzono mnie półnagą i… tyle. Nikt nie wezwał lekarza, a przecież byłam w przychodni.

Następnego dnia poszła ze mną na ćwiczenia córka. I znowu to samo – splątana mowa, niedobrze, oblata cała potem, zaburzenia świadomości. Usłyszałam od dziecka, że mówię jak pijak. Tachykardia, hiperwentylacja, prawie zgon. Nikt nie poszedł po lekarza, za to przerwano rehabilitację.

Za jakiś czas dostałam skierowanie od rodzinnego i umówiłam się do innego lekarza rehabilitacji. Poszłam piechotą do przychodni. W gabinecie u doktora P. wylądowałam z tachykardią, zlana potem i mdlejąca. Ten doktor od razu wiedział o co chodzi. Leżałam u niego na kozetce w gabinecie tak długo, aż pozwolił mi wstać i wyjść. Po zbadaniu postawił diagnozę – G54 – zaburzenia korzeni nerwowych i splotów nerwowych. Kazał nosić kołnierz do samochodu i na wyjścia, czasem w domu też. Powiedział jak się zachowywać i poruszać. Skierował mnie na nową rehabilitację, bez ćwiczeń. Kazał załatwiać dokumenty do świadczenia rehabilitacyjnego. Zaczęłam załatwiać. Złożyłam je do ZUS, trzeba było czekać na wezwanie.

W międzyczasie trafiłam znowu do neurochirurga do szpitala. Z płytkami, wynikami badań, ale… Nie zrobiłam jednego badania – przewodnictwa nerwowego w kończynach górnych. Próbowałam ze 3-4 miesiące dostać się na nie do szpitala (w Gdańsku robią je tylko w dwóch obiektach), ale za każdym razem odbierała telefon niesympatyczna osoba, opieprzała mnie, że za późno dzwonię, albo że ona nie ma teraz czasu, albo że nie ma miejsc. I tak nie mogłam się zarejestrować – nawet za pieniądze. Doktor L. od razu spytał o badanie. No, nie zrobiłam i już. Wtedy on wysłał mnie na górę do szpitala na serię zdjęć RT, dodatkowo kazał zrobić to przewodnictwo i przyjść za około 2 miesiące.

Uderzyłam w drugi szpital. Tam pani była miła, a jak powiedziałam jej, że jestem ze służby zdrowia, to znlazło się za tydzień miejsce poza kolejką i za darmo, na NFZ. Badanie było okropne – razili mnie ponad godzinę prądem w ramiona i dłonie. Za tydzień miałam otrzymać opis. I tak jeździłam z jednego szpitala do drugiego, z jednej przychodni do drugiej, z uszkodzonym kręgosłupem.

Odebrałam też wynik 20 zdjęć RT z drugiego szpitala, ale tylko połowiczny – szyi, bo tułów gdzieś zgubili… Za to była płytka, więc poszłam znowu do szpitala, do mojego neurochirurga L. Przeżyłam tłum kilkudziesięciu pacjentów i dostałam się do doktora. Oglądał moje wyniki i oglądał… Spytałam, czy jest bardzo źle, nie odpowiedział. Powiedział, że zmiany są tak duże, że właściwie to on woli nie operować, bo nie daje to gwarancji poprawy mojego stanu. A w dodatku może go jeszcze pogorszyć. I na razie mam się leczyć u lekarza rehabilitacji lub neurologa, a do niego przyjść w przyszłym roku, albo w tym, jeśli mi się pogorszy.

CZĘŚĆ IV – ZUS I SANATORIUM.

W międzyczasie tych wszystkich szpitali, przychodni, lekarzy, próbowałam działać z ZUSem. W trakcie mojego zwolnienia badano mnie dwa razy – najpierw w ramach kontroli, później przed przyznaniem mi świadczenia rehabilitacyjnego. Świadczenie rehabilitacyjne przyznawano mi każdorazowo na 3 miesiące. To chyba teraz standard ze strony ZUS. I tak co 3 miesiące wzywano mnie na badania u orzeczników w ZUS. Na świadczeniu rehabilitacyjnym można przebywać w sumie 12 miesięcy. A potem albo wracasz do pracy, albo renta.

W czasie tych wizyt w ZUS przyniosłam zaświadczenie od neurochirurga, że operacja może tylko pogorszyć stan chorej i on zaleca rehabilitację z leczeniem sanatoryjnym. Lekarz orzecznik postanowił mnie na to leczenie skierować w ramach tzw. prewencji rentowej ZUS – tak ładnie oni to nazywają.

Ustaliłam z tym lekarzem, że sanarorium będzie stacjonarne, w Gdańsku, czyli codziennie będę dojeżdżać na zabiegi. Nie chciałam wyjeżdżać na miesiąc gdzieś daleko – chora matka, niepełnoletnia wtedy córka i pies. Lekarz zgodził się, wypisał wniosek i musiałam z nim iść na drugi koniec budynku, gdzie pani powypełniała jakieś papiery i powiedziała, że w ciągu miesiąca dostanę pismo z terminem leczenia sanatoryjnego.

Pismo przyszło i okazało się, że ZUS wezwał mnie na leczenie w ramach prewencji nie do Gdańska, a do Gdyni. A przecież co innego ustalałam z lekarzem orzecznikiem. Sanatorium miało trwać miesiąc, 6 dni w tygodniu, codzienny dojazd około 50 km nie uśmiechał mi się. Miejscem odbywania tej prewencji rentowej była przychodnia rehabilitacyjna w centrum Gdyni.

Zadzwoniłam do ZUS z zapytaniem, dlaczego tak daleko, a pani do mnie, że nie mogą mi zmienić miejsca, o tym decyduje centrala ZUS w Warszawie i żebym tam napisała odwołanie. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że ciężko mi chodzić, jeździć i ruszać się. Napisałam odwołanie do Warszawy, centrala ZUS odpowiedziała mi, że w rzeczonym czasie nie ma miejsc na odbycie prewencji rentowej w przychodni czy szpitalu w Gdańsku. A jak nie chcę, to mam to odwołać. Łatwo powiedzieć – odwołasz, to mogą ci cofnąć świadczenia albo nie przyznać renty…

Stwierdziłam, że będę jeździć do tej Gdyni. Na początku przyszłego miesiąca zaczęło się sanatorium. Najpierw rozmowa z pielęgniarką, karta charakterystyki pacjenta, potem po kolei każdy z pacjentów do lekarza rehabilitacji. Tam krótkie badanie, wywiad. Ja przed sanatorium udałam się do mojego lekarza rehabilitacji w macierzystej przychodni – jednego z nielicznych, który rozumiał, o co chodzi w mojej chorobie. Powiedział mi, a napisał im, że żadnych ćwiczeń, bo jest niestabilność kręgosłupa i kręgozmyk w szyi na poziomie prawie 40%.

Niestety, po pseudobadaniu lekarskim w sanatorium dostałam rozpiskę na miesiąc i były tam ćwiczenia i grupowe, i indywidualne. Do tego cała masa laserów, lamp sollux i innych zabiegów. Zaczęły się codzienne dojazdy, czekanie na zabiegi i ćwiczenia. Na sali ćwiczeń od razu uprzedziłam rehabilitantów, że mam niestabilność kręgosłupa i ześlizgi (kręgozmyki) i nie wolno mi ćwiczyć. Kazali zostawić dokumentację medyczną do poczytania. Ucieszyłam się, że ktoś interesuje się moim stanem zdrowia.

Dziwiłam się, że tyle na rozpisce było ćwiczeń – i grupowych, i indywidualnych. Ale rehabilitanci wyprowadzili mnie szybko z błędu, że grupowych to już u nich w przychodni nie ma od dawna, tak tylko piszą. No tak, mieli to zakontraktowane w ZUS i na pewno ZUS i NFZ płacili im za procedury, których w ogóle nie wykonywali. Pomyślałam sobie, że dobrze tam oszukują i wyciągają pieniądze od instytucji. A przecież to nas, chorych podejrzewa się z ZUS, że symulujemy.

W naszym systemie opieki zdrowotnej nie powinno mnie za wiele dziwić. Jeździłam codziennie do tej Gdyni – nawet w sobotę były zajęcia. Po tygodniu dopadł mnie kryzys i zrobiłam sobie dzień wolny. Ale afera się zrobiła, pytali: dlaczego Pani nie przyjechała? Powiedziałam im, że źle się czułam. Pielęgniarka kazała mi pouzupełniać za ten dzień podpisy od rehabilitantów, że uczestniczyłam w zajęciach w tym dniu i samej też się podpisać. Zrozumiałam, że jak nie będzie podpisów, to nie dostaną za mnie kasy z ZUS.

Codzienne zajęcia wykańczały mnie. Lasery, pole magnetyczne, krioterapia, sala gimnastyczna… Dobrze, że na sali nie kazano mi wykonywać jakiś wyczerpujących ćwiczeń. Jedna z rehabilitantek rozumiała, o co chodzi w moim przypadku, więc robiła mi delikatną terapię na głowie i plecach. Po około 10 dniach sanatorium mieliśmy wizytę kontrolną u lekarza. Trwała chwilę. Mniej więcej w tym samym czasie zmieniano nam zabiegi.

Dziwne to było sanatorium i dziwna przychodnia. Często nie było w niej żadnego lekarza, tylko pielęgniarka i rehabilitanci. A przecież na rozpisce zabiegów napisane było, że każdorazowo zajęcia odbywają się pod nadzorem lekarza. Pomijając to, jak w przychodnia lekarska może funkcjonować bez lekarza? Pytanie retoryczne – nie może, a przynajmniej nie powinna.

Kazano mi ćwiczyć i parę razy źle się poczułam – lekarza nikt nie wezwał, bo go nie było. A któregoś dnia rehabilitantka posadziła mnie pod lampą sollux. Ponieważ gabinet zabiegowy był zajęty, wzięła mnie do gabinetu lekarskiego, gdzie też była lampa. Włączyła ją, gdy ja siedziałam oparta o kozetkę i wyszła, zamykając mnie w tym gabinecie. Nie wiem, co się stało później, zasnęłam, czy zemdlałam, trudno powiedzieć. Jak się ocknęłam, siedzialam na krześle, z głową na kozetce, zlana potem i nagrzana do granic wytrzymałości przez lampę sollux. Spojrzałam na zegarek, byłam pod lampą ponad godzinę, a powinnam być 15 minut. Chciałam wstać, ale miałam parestezje i straciłam też czucie w nogach i dłoniach. Nie mogłam. Udało mi się po jakimś czasie wydostać spod lampy. Przedostałam się na krzesło przy biurku lekarza i tam dogorywałam, z tachykardią, zaburzeniami czucia i parestezjami, a dodatkowo także z oparzeniami na skórze.

Po jakimś czasie do gabinetu weszła pielęgniarka, jak mnie zobaczyła, strasznie się wystraszyła. Od razu pootwierała okna, robiąc przeciąg w przychodni i pytając mnie, czy nikt tu nie przyszedł i nie wyłączył lampy? Nikt, to oczywiste było. Po jakimś czasie przyleciała rehabilitantka, która mnie tam zostawiła, z zapytaniem, czemu nie wstałam i nie wyłączyłam sobie lampy? Przecież pacjent nie robi takich rzeczy, a ja straciłam świadomość. Oni doskonale wiedzieli, że mam zaburzenia ze strony rdzenia kręgowego i jestem pacjentem specjalnej troski. Nikt nie poprosił lekarza, bo żadnego znowu nie było w przychodni. Jak doszłam trochę do siebie, kazano mi jechać do domu.

Następnego dnia z poparzoną skórą znalazłam się w macierzystej przychodni. Lekarz rodzinny był oburzony, napisał mi zaświadczenie o pogorszeniu stanu zdrowia i 3 dni odpoczęłam sobie od sanatorium. Wytrwałam jakoś do końca miesiąca, dostałam wypis i nawet byłam u lekarza – kierownika tej przychodni-sanatorium, który napisał mi, że nie uzyskano poprawy leczenia i w ogóle wszystko dopełnił dla ZUS… W domyśle, wszystko będzie załatwione, bylebym tylko nie składała skargi.

Po zakończeniu prewencji rentowej ZUS znowu wezwał mnie do lekarza orzecznika, bo kończyło mi się świadczenie rehabilitacyjne. Bardzo niemiły pan doktor nawet nie chciał słuchać o tym, co mnie spotkało w sanatorium. Usiłował za to wmówić mi, że taka chora to ja nie jestem. Świadczenie rehabilitacyjne jednak przyznał.

Teraz składam papiery na rentę. Bardzo dużo formalności jest do załatwienia. Naprawdę trudno być niepełnosprawnym w naszym kraju. Aby nie zwariować – piszę.

— Magdalena Michalak

PS zapraszam na bloga pieknezycie.com

Komentarz Piotra:

Historia ta pokazuje, iż nastały ciekawe czasy. Czasy, w których obowiązuje zasada „możesz liczyć – licz na siebie”. Nawet osoba, którą stać jeszcze na badania prywatne, niewiele zyska w świecie, w którym służba – nie służy, a opieka – nie opiekuje się.

Przyczyn tego może być wiele. Panujący dobrobyt sprawia, iż lekarz nic nie musi, by dobrze żyć. Wystarczy, że się pojawi, bo może z marszu dostać pracę gdziekolwiek. Brakuje konkurencji.

Z drugiej strony lekarzy jest zbyt mało przez ekstremalnie trudne studia, wiele lat specjalizacji i stażów, emigrację zarobkową oraz ścisłą kontrolę dostępu do zawodu (rynek zamknięty).

Lekarzy jest niewielu, są chronicznie przepracowani, przemęczeni i niewyspani. Do tego okazjonalnie trudni i niemili pacjenci zabijają w nich poczucie służby i troski o człowieka – to samo dotyczy pielęgniarek, które dodatkowo są słabo wynagradzane. To wszystko odbija się rykoszetem na pacjentach zwyczajnie pokrzywdzonych, zasługujących na szacunek.

Na koniec dnia, jeśli ciężko zachorujemy, to nie pomoże nam ani pieniądz, ani fakt posiadania znajomości w służbie zdrowia z racji bycia byłym pracownikiem tej służby.

Wnioski z tego są takie, iż warto inwestować w swoje dzieci. Moja matka wciąż nie ma żadnych wpływów – ani od byłego pracodawcy, ani od ZUS, i gdyby nie finansowe wsparcie, którym mam przywilej móc jej służyć, nie wiem jakby sobie poradziła. To jej zawdzięczam, że sam tę troskę posiadam, a dzięki niej zaufanie i licznych klientów – choć i sam przeżywam starcie z rzeczywistością, jak lekarze. Rozumiem więc obie strony konfliktu.

ZUS i NFZ są kolejnymi elementami pajęczyny niezrealizowanych obietnic społecznych. To nie jedyna chora osoba, której pomagam obserwując, jak ZUS unika wypłaty świadczeń, a mimo to rości sobie prawa do prowadzenia śledztw, niczym policyjny detektyw.

Dochodzi więc do sytuacji, że mój były pracownik nic nie otrzymuje z ZUS, ja go utrzymuję, a jeszcze spędzam godziny, kosztem pracy i rodziny, pisząc wyjaśnienia w odpowiedzi na wezwania i udowadniam, iż osoba ta faktycznie dla mnie pracowała. Powoływani są świadkowie, zbierane liczne dokumenty wrażliwe, ZUS dzwoni do moich partnerów biznesowych…

Polska jest krajem, w którym z definicji jesteśmy oszustami, dopóki nie udowodni się inaczej. Rozumiem, że ma to podłoże historyczne i jest związane z licznymi nadużyciami… Mimo to założenie administracji Wielkiej Brytanii, zgodne z antycznym prawem rzymskim, działa doskonale w praktyce. Jesteś niewinny, dopóki nie udowodnią ci winy. A do uczciwości się zachęca, zamiast zniechęcać do nieuczciwości. Dokładnie odwrotna, zdroworozsądkowa logika. Da się ją wdrożyć.

To wszystko – i wiele innych obserwacji – stopniowo przekonuje mnie do emigracji, jednak wiem, że problemy ze służbą zdrowia występują obecnie w bardzo wielu krajach. To, co dzieje się u nas, jest być może lepsze niż to, co przeżywają choćby Amerykanie. Ucieczka stąd może być przejściem z deszczu pod rynnę, a mówi się, iż źródło szczęścia powinno być wewnątrz nas. Uciekając stąd nieraz zabiera się problemy ze sobą.

Poza inwestowaniem we własne dzieci, drugim aspektem liczenia na siebie jest nie tyle zarabianie pieniędzy, co ograniczanie czasu pracy. Moją mamę wykończyła ciężka, wieloletnia harówka. To przez nią doprowadziła kręgosłup do takiego stanu zdrowia, a upadek jedynie doprowadził do ostatecznego uszkodzenia.

Obecnie jestem w trakcie wznawiania zapisów do Akademii Biznesu Piotra Michalaka. Tym razem, w retoryce tego programu, podwajanie dochodu biznesu postawię na drugim miejscu, obok rzeczy znacznie pilniejszej: skróceniu czasu pracy właściciela firmy o połowę. To nie są mrzonki, lecz już od dziewięciu edycji programu docierają do nas w pierwszym rzędzie opinie o wydźwięku: „dzięki Akademii po raz pierwszy od 10 lat pojechałem na urlop”.

Należy dbać o siebie, bo życie mamy jedno, a jest już i tak dość krótkie, by skazywać się na starość na choroby. Pozostawiam czytelników ze słowami mojego mentora: „Bądź dla siebie dobry”!

About the Author:

Od 2005 roku prowadzi przedsiębiorców do lepszej jakości życia. Pomaga podwoić dochody i podwoić liczbę godzin wolnego czasu poprzez organizację firmy i innowacje w modelu biznesowym. Założyciel Akademii Biznesu Piotra Michalaka. Przeczytaj więcej o historii Piotra.

1 komenarz

  1. Magda 8 września 2018 w 14:43 - Odpowiedz

    Mam nadzieję, że zaciekawiła Was moja historia. Czego uczy? Myślę, że tego, iż nie należy zaharowywać się na śmierć w jakiejś bezdusznej korporacji, czy gdziekolwiek. Nie działać chaotycznie, wyznaczać sobie cele i zadania, planować pracę z głową. Działać mądrze, delegować zadania, uczyć się i dokształcać. I dbać o swoje zdrowie, to daje komfort życia. Czytajcie mojego nowego bloga pieknezycie.com. Tam sporo treści, jak zdrowo jeść, dbać o siebie, unikać chorób. Wykorzystuję pisząc go całą moją wiedzę zdobytą w Akademii Medycznej i latach dalszej nauki i praktyki. Zapraszam.

Zostaw komentarz